Nieprzypadkowe zbiegi okoliczności

http://strefatajemnic.onet.pl/

Czy można dwa razy trafić szóstkę w totka albo napisać książkę o katastrofie, która dopiero się wydarzy? Okazuje się, że można…

Po śmierci Jana Pawła II w internecie zaczęła krążyć numerologiczna szarada, którą wkrótce poznała niemal cała Polska. Okazało się, że życie Karola Wojtyły kręciło się wokół liczby „13”. Data i godzina śmierci, wybór na tron Piotrowy, długość pontyfikatu – wszystko miało mniejszy lub większy związek z trzynastką. Niezwykły zbieg okoliczności czy ukryta prawidłowość? To samo pytanie po zamachach z 11 września 2001 zadawali sobie w sieci Amerykanie, doszukując się ukrytego kodu jedenastek.

Życie niejednokrotnie udowadniało, że niezwykłe zbiegi okoliczności wychodzą czasem naprzeciw statystyce, a nawet zdrowemu rozsądkowi. Niektórzy, jak psycholog Carl Jung i fizyk Wolfgang Pauli dochodzili do wniosku, że istnieje taki rodzaj koincydencji, który udowadnia nam, że rzeczywistością kierują siły i zależności, których nie sposób dostrzec i zrozumieć. Czy rzeczywiście?

Przepowiedziane katastrofy

W 1898 r. amerykański pisarz, Morgan Robertson (1861 – 1915), lepiej znany jako wynalazca peryskopu, napisał powieść pt. „Futility”, zwaną także „The Wreck of Titan” („Wrak Tytana”). Opowiadała ona o losach Johna Rowlanda – zdegradowanego oficera Royal Navy, który po stoczeniu się na dno, zaczepia się jako majtek na pokładzie Titana – największego na świecie pasażerskiego transatlantyku wyprodukowanego przez brytyjską stocznię.

Pewnego kwietniowego dnia uznawany za niezatapialnego Titan uderza w górę lodową i idzie na dno. Większość z pasażerów ginie z racji niewystarczającej ilości szalup ratunkowych. 14 lat później zdarzenia opisane w książce Robertsona stały się udziałem legendarnego RMS Titanic. Czytelnicy zauważyli, że paraleli między książką a tragicznymi losami zatopionego w 1912 r. transatlantyku jest wręcz za dużo. Robertson nie tylko nadał fikcyjnemu statkowi podobną nazwę, ale nawet podobnie określił jego wymiary, przyczynę katastrofy i przybliżoną datę zatonięcia. A nawet liczbę ofiar!

Edgar Allan Poe (1809 – 1849) w swej jedynej powieści pt. „Przygody Artura Gordona Pyma” (1838) opisał historię zagubionego na morzu statku, którego zdesperowana załoga zdecydowała się poświęcić kogoś spośród siebie na posiłek. Wybór padł na chłopca okrętowego, Richarda Parkera. Historia ta miała miejsce w rzeczywistości, choć dopiero 46 lat później i dotyczyła statku Mignonette. Zjedzony chłopiec nazywał się… Richard Parker.

Nieco mniej znana jest historia innej katastrofy o zaskakującym finale. Niemiecki magazyn Das Besteran ogłosił w 1979 r. konkurs literacki, w którym oceniano opowiadania stworzone na podstawie realnych wydarzeń. Walter Kellner z Monachium, który wygrał konkurs, opisał swoje własne doświadczenie, kiedy lecąc lekkim samolotem wodował między Sardynią a Sycylią i oczekiwał na ekipę ratunkową. Wkrótce pojawił się problem, gdyż inny Walter Kellner, pochodzący z Austrii, oskarżył monachijczyka o plagiat. Jak się okazało, mniej więcej na tym samym obszarze przytrafiła mu się podobna historia, co więcej w takim samym modelu samolotu (Cessna 421). Kiedy redakcja prześledziła obie historie okazało się, że miały one miejsce naprawdę.

Niezwykłe przypadki literatów

Wśród opowieści o nietypowych zbiegach okoliczności często spotyka się historię narodzin i śmierci Marka Twaina (1835 – 1910), który przyszedł na świat w dzień pojawienia się komety Halleya i zmarł kiedy powróciła ona do układu słonecznego, 75 lat później.

Jedną z bardziej niezwykłych opowieści przedstawił w swej książce „Przez magiczne wrota” Sir Arthur Conan Doyle (1859 – 1930) – twórca postaci Sherlocka Holmesa, którego szczególnie interesowały zjawiska nieziemskie. Jak twierdził Doyle, podczas wizyty w Szwajcarii udał się on na Przełęcz Gemmi, która oddzielała od siebie dwa kantony. Na szczycie klifu znajdował się zajazd, który zimą na trzy miesiące był odcięty od świata. Doyle, zainspirowany jego historią, napisał powieść, w której bohaterowie uwięzieni w gospodzie na przełęczy, nieznoszący się acz skazani na własne towarzystwo, z każdym dniem zbliżają się do tragedii.

Podczas podróży przez Francję, Doyle’owi wpadła w ręce książka Guya de Maupassanta (1850 – 1893) pt. „Opowiadania”, w której znajdowała się nowela pt. „L’auberge” („Oberża”), rozgrywająca się w tym samym zajeździe na przełęczy. Okazało się, że autor przygód Sherlocka Holmesa przebywając w tym samym miejscu co Maupassant, wymyślił taki sam scenariusz i gdyby nie przypadek, zostałby pewnie oskarżony o plagiat. Spirytysta Doyle, mając silne inklinacje do wiary w zjawiska paranormalne, uznał to za przejaw działania sił duchowych.

W podobnych okolicznościach rozegrał się jeszcze dziwniejszy przypadek, z udziałem szwajcarskiego pisarza Heinricha Daniela Zschokke (1771-1848). Pewnego dnia, przebywając w gospodzie wraz z towarzyszami, wdał się w ostrą wymianę zdań z miejscowymi drwalami. W pewnym momencie, pod wpływem impulsu (tudzież „wizji”) postanowił zaskoczyć rozmówcę argumentami, które nagle przyszły mu do głowy. Zschokke w jakiś sposób „odgadł” szczegóły z życia swego adwersarza (włącznie z niecnymi epizodami), czym skutecznie go uciszył.

Coś podobnego przeżył także Carl Gustaw Jung, którego interesowały nietypowe zbiegi okoliczności. Pewnego razu, kiedy przebywał na weselu i dyskutował z gośćmi o psychice kryminalistów, postanowił zilustrować wypowiedź fikcyjną historią pewnego złoczyńcy. Jak się okazało, wymyślona naprędce opowieść prezentowała koleje życia jednego z siedzących przy stole biesiadników.

Pioruny i bliźnięta

Jung napisał z Paulim książkę poświęconą zagadce anomalnych synchroniczności, a więc zachodzących równocześnie zdarzeń, które nie są wywołane tymi samymi czynnikami. Słynny psycholog zetknął się w życiu z wieloma nietypowymi zbiegami okoliczności. Dla przykładu, podczas sesji z pacjentką, która opowiadała mu sen o złotym skarabeuszu, Jung otworzył okno, przez które do sali wleciał złocisty żuk, przypominający widziadło ze snu.

Ale oprócz zbiegów okoliczności, które miały charakter ambiwalentny i dawały osobom biorącym w nich udział wiele do myślenia, zdarzały się też historie dziwne i tragiczne. Dla przykładu, w 1899 r. we Włoszech piorun zabił na podwórku chłopa ze wsi Taranto. 30 lat później w tym samym miejscu zginął jego porażony piorunem syn, a w 1949 r. wnuk.

Brytyjczyk Major Summerford został w 1918 r. uderzony przez piorun, który zrzucił go z konia i spowodował trwały paraliż od pasa w dół. W 1924 r., po przenosinach do kanadyjskiego Vancouver, Summerford znowu został porażony piorunem w czasie wędkowania, co spowodowało dalszy paraliż. W ciągu dwóch następnych lat mężczyzna zdołał jednak dojść do siebie i zaczął chodzić. W 1930 r. piorun uderzył go po raz kolejny, co pociągnęło za sobą kolejny paraliż. Summerford zmarł w 1932 r., jednak pioruny prześladowały go nawet po śmierci, a jeden z nich rozbił nawet jego nagrobek.

Równie niezwykły zbieg okoliczności stał się udziałem włoskiego króla Umberto I, który 28 czerwca 1900 r. jadł obiad w restauracji w mieście Monza. Jak się okazało, jej właściciel wyglądał jak królewski sobowtór, jego żona nosiła to samo imię, co królowa, a restauracja została otwarta w dzień zaprzysiężenia monarchy. Umberto–restaurator został następnego dnia zastrzelony, tak samo, jak król.

Znacznie weselej potoczyły się losy dwóch mężczyzn z Ohio, których historię przytoczył „Reader’s Digest”. Okazało się, że panowie są rozdzielonymi w dzieciństwie bliźniętami, które wychowywały się w różnych rodzinach zastępczych. Obaj nosili to samo imię (James), mieli podobne zainteresowania i uzdolnienia manualne (rysunek techniczny i rzeźba), ich pierwsze żony nosiły to samo imię (Linda), tak samo drugie żony (Betty), podobnie zresztą jak synowie (James Allan i James Allan) i psy (Toy).

Podobnie było w przypadku Bridget Harrison i Dorothy Lowe, które spotkały się po 34 latach od ich rozdzielenia w dzieciństwie. W czasie pierwszego spotkania miały na sobie podobną biżuterię. Jak się niebawem okazało, ich synowie nosili podobne imiona (Richard Andrew i Andrew Richard), podobnie jak i koty. Obie kobiety w tym samym czasie pobierały lekcje gry na pianinie, porzuciły je również jednocześnie, a także prowadziły dzienniki, w których wpisy pojawiały się w niemal identycznym odstępie.

Niezwykłe zbiegi okoliczności w przypadku bliźniąt skłoniły badaczy do wysnucia wniosku, że łączy je coś więcej aniżeli fizyczne podobieństwo. Potwierdzają to liczne opowieści na temat zdumiewających koincydencji, które nie zawsze miały szczęśliwe zakończenie. Dla przykładu, John i Arthur Mowforthowie z Wielkiej Brytanii mieszkali w miejscowościach oddalonych od siebie o prawie 130 km. Wieczorem, 22 maja 1975 r. obaj poczuli dławienie w klatce piersiowej. Przewieziono ich do dwóch różnych szpitali, gdzie wkrótce obaj zmarli, o tej samej godzinie. W 2002 r. 72-letni bliźniacy z Finlandii zginęli jednego dnia w dwóch podobnych wypadkach, które miały miejsce na tej samej drodze. Pierwszy z nich został potrącony przez ciężarówkę podczas jazdy na rowerze w miejscowości Raahe. Drugi zginął godzinę później, półtora kilometra dalej.

Bardzo dziwne sploty losu

Niekiedy zbiegi okoliczności występują w parze ze zjawiskami, które określa się mianem nadprzyrodzonych. Uczeni zajmujący się ich studiowaniem wiele razy zadawali sobie pytanie, czy przeczucia lub wizje dotyczące jakiegoś zdarzenia, które wypełniły się w przyszłości stanowią jedynie przypadek czy może nadzmysłowy sygnał przechwycony z otoczenia przez „szósty zmysł”.

Doskonale ilustruje to historia koszmarów, które nękały mieszkańców walijskiego miasteczka Aberfan. W październiku 1966 r. stało się ono miejscem tragedii, kiedy na miejscową szkołę osunęła się ściana górniczej hałdy osłabionej przez strugi lejącego deszczu. Zginęło wówczas ok. 140 osób, głównie uczniów. Tuż po wydarzeniu na miejsce przybył John Baker zajmujący się zjawiskami paranormalnymi, który zamierzał sprawdzić, czy mieszkańcy Aberfan otrzymali jakiekolwiek znaki (w postaci snów i wizji) zapowiadające katastrofę.

Baker trafił na ślady co najmniej kilku zadziwiających przypadków. Rodzice 10-letniej ofiary błotnej lawiny przekazali mu opowieść o koszmarze, jaki przyśnił się ich córce na dzień przed katastrofą. Mówiła ona, że widziała w nim czarną breję zalegającą w miejscu szkoły. Z kolei mieszkanka Barnstable miała sen, w którym widziała dzieci uwięzione w szkole, uciekające przed czarną mazią.

Psycholog Richard Wiseman, autor książki „Paranormality” (2011), w której sceptycznym okiem patrzy na zjawiska anomalne, w relacjach o proroczych snach widzi jedynie zbieg okoliczności wspomagany wybiórczą pamięcią odnośnie treści snów. Czy jednak sceptycyzm wystarcza do wyjaśnienia tysięcy innych przypadków podszeptów „intuicji” i „przeczuć”?

Idąc tropem Junga, można dojść do wniosku, że wszystkie występujące w życiu zdarzenia mogą być ze sobą w jakiś sposób połączone, co odpowiada filozoficznym koncepcjom doli, losu, przeznaczenia czy predestynacji. Te subtelne zbieżności ujawniają się jedynie wtedy, kiedy przyjmują bardziej okrzepłą i niewiarygodną formę.

Na zakończenie lista kilku innych całkiem niezwykłych przypadków:

- Mało znany austriacki malarz Joseph Aigner (1818 – 86) wiele razy próbował popełnić samobójstwo, choć zawsze przeszkadzał mu w tym jeden i ten sam kapucyn. Ostatecznie udało mu się odebrać sobie życie w wieku 68 lat. Mszę na jego pogrzebie odprawił ten sam mnich, który wcześniej odwodził go od prób samobójczych.

- W 1911 r. za zabójstwo Sir Edmunda Berry’ego powieszono w londyńskim Greenbery Hill trzech skazańców. Ich nazwiska brzmiały: Green, Berry i Hill.

- W 1920 r. trzech Anglików jechało w jednym wagonie peruwiańskiego pociągu. Kiedy się sobie przedstawili, okazało się, że jeden nazywa się Bingham, drugi Powell a trzeci Bingham – Powell.

- W 1930 r. w Detroit na mężczyznę o nazwisku Joseph Figlock spadło dziecko, które wyleciało z okna przez nieuwagę matki. Zarówno malcowi, jak i jego przypadkowemu wybawicielowi nic się nie stało. Kilka lat później ten sam człowiek został przygnieciony przez to samo dziecko spadające z tego samego okna.

- Amerykanie, którzy jak widać lubują się w wynajdywaniu niezwykłych podobieństw, odkryli, jak wiele łączy tragicznie zmarłych prezydentów, Abrahama Lincolna (1809 – 1865) i Johna F. Kennedy’ego (1917 – 1963). Obaj byli drugimi dziećmi w rodzinie, nosili imiona po dziadku, mierzyli tyle samo wzrostu, cierpieli na te same schorzenia, zginęli w ten sam dzień tygodnia (piątek) i to w podobny sposób (od strzału w głowę). To tylko część zbieżności.

- W 1973 r. aktor Anthony Hopkins zdecydował się przyjąć rolę w filmie „Dziewczyna z Pietrowki”, opartą o książkę George’a Feifera. Nie mogąc dostać jej w księgarniach w Londynie, Hopkins był zaskoczony, kiedy znalazł egzemplarz powieści porzucony na ławce na stacji kolejowej. Jak się okazało, była to kopia, która należała do autora (zawierała specjalną adnotację), który pożyczył ją przyjacielowi. Książka została skradziona.

- W 1975 r. pewien mężczyzna zginął na Bermudach jadąc motorowerem, w który uderzyła taksówka. Rok później, na tym samym motorowerze zginął jego brat. Uderzyła w niego ta sama taksówka, z tym samym kierowcą, a nawet… tym samym pasażerem.

- W 2009 r. pewien anonimowy mieszkaniec RPA z prowincji Limpopo zgłosił się po odbiór głównej wygranej w loterii, która wynosiła równowartość 11 milionów polskich złotych. Co ciekawe, siedem lat wcześniej stał się milionerem, również dzięki wygranej na loterii.

I kto powiedział, że przypadków nie ma? Jak widać, „chodzą one po ludziach” i być może jest jedynie kwestią czasu, gdy ktoś z czytających stanie się bohaterem podobnego niezwykłego zbiegu okoliczności…

Autor: Piotr Cielebiaś (lipiec 2011)

Źródło: Onet.pl

 

Leave a Reply