Blef pierwszego konsula

Nie tylko w sensie wojskowym i politycznym, lecz także ekonomicznym.

Napoleon zdobywał Włochy, gdy był jeszcze generałem, w latach 1796–1797. Ponownie wyruszył do Italii już jako pierwszy konsul.

Obraz, Louis-François Lejeune

Jego władza nad Francją i dalsze losy były uzależnione od wyniku wojny z Austrią, która w kampanii 1800 roku chciała pomścić dotychczasowe klęski. Miała tego dokonać licząca 270 tysięcy żołnierzy armia, której znaczna część (120 tysięcy) pod dowództwem barona Michaela von Melasa stacjonowała w północnych Włoszech. Na włoskim teatrze wojny Francja miała jedynie Armię Liguryjską generała Andre Masseny, skoncentrowaną w okolicach Genui. Na początku kwietnia 1800 roku mógł on wystawić do boju jedynie 35 tysięcy żołnierzy.

MISTERNA GRA

Szykując się do działań we Włoszech, Napoleon postanowił stworzyć dodatkową armię. W ten sposób zrodziła się idea armii odwodowej (rezerwowej), całkowicie autonomicznej w stosunku do istniejących już wojsk. Jej powstanie odbywało się w niezwykłych, by nie powiedzieć sensacyjnych okolicznościach, na dwóch płaszczyznach: oficjalnej oraz zastrzeżonej jedynie dla nielicznych. Jako miejsce formowania poszczególnych oddziałów pierwszy konsul wskazał miasto Dijon i jego okolice. Informacje zarówno o utworzeniu nowej armii, jak i rejonie jej koncentracji ogłoszono publicznie w specjalnym dekrecie.

Od tego momentu Bonaparte podjął jednak misterną grę obliczoną na wyprowadzenie przyszłego przeciwnika w pole. Doskonale zdawał sobie sprawę, że organizacja armii zostanie dostrzeżona przez szpiegów, i świadomie skupiał ich uwagę na obozie w Dijon. Wkrótce znalazło się tam około 10 tysięcy wysłużonych żołnierzy – wielu inwalidów i garść rekrutów. Aby stworzyć pozory forsownego szkolenia, oddelegowano do Dijon kilkuset oficerów i zadbano o zapasy zaopatrzenia wojskowego.

Francuska prasa regularnie zaczęła donosić o postępach w szkoleniu żołnierzy i powstawaniu coraz to nowych związków armii odwodowej. Szpiedzy nie dali się jednak zwieść. Słali do Londynu i Wiednia meldunki, że w Dijon i pozostałych miastach nie ma żadnego wojska. Z pomysłu Bonapartego śmiano się w obu stolicach do rozpuku. Nieistniejąca armia przedstawiana była na karykaturach jako dziecko podające rękę inwalidzie z drewnianą nogą. I właśnie o to chodziło Napoleonowi – aby go wyśmiewano, wykpiwano i dostrzegano jedynie to, co on sam chciał pokazać. Na tym polegał jego podwójny w istocie blef. W tym samym bowiem czasie pierwszy konsul tworzył w błyskawicznym tempie prawdziwą armię rezerwową. Wraz z formującą się dywizją generała Jeana-Charlesa Monniera i gwardią konsularną liczyła ona 42 tysiące żołnierzy i miała do dyspozycji 42 armaty.

Armię tworzyły cztery związki organizacyjne, które w przyszłości miały przeistoczyć się w korpusy. Na ich czele stanęli generałowie Jean Lannes, Claude Victor-Perrin, Philippe Duchesne i Joachim Murat. Nominalnym dowódcą został Aleksander Berthier, bo faktycznym od samego początku był wszak pierwszy konsul. Podstawę operacyjną dla armii rezerwowej stanowić miała Genewa. W całkowitej tajemnicy zaczęto magazynować tam sprzęt i zaopatrzenie. Aby odwrócić uwagę wroga od Szwajcarii, transporty z zaopatrzeniem wysyłano również w rejon Tulonu. Każdy, kto je widział, miał myśleć, że chodzi o przygotowanie bazy dla armii broniącej południa Francji.

BITWA POD MARENGO

Plan Bonapartego powiódł się w 100 procentach. Armia rezerwowa sprawnie sforsowała Alpy i ruszyła na rozrzuconych po okolicach Turynu Austriaków. Baron Melas długo nie przeciwdziałał, uspokojony meldunkami o „papierowej” armii. Koncentrację rozpoczął dopiero w końcu maja. 14 czerwca doszło do decydującego starcia w pobliży wsi Marengo. Napoleon mógł rzucić do walki jedynie około 22 tysięcy żołnierzy i zaledwie 30 armat, Austriacy zaś ponad 30 tysięcy żołnierzy i niemal 200 dział.

W pierwszej fazie bitwy Francuzi stanęli na krawędzi klęski. Austriacy wygrywali na całym froncie. Około godziny 15 wydawało się, że bój jest rozstrzygnięty i baron Melas opuścił pole walki, powierzając zadanie dokończenia dzieła swojemu szefowi sztabu generałowi Antoniemu Zachowi. Napoleon, który przez cały czas wierzył w odwrócenie losów boju, wysłał kilku gońców do generałów Louisa Desaixa i Jeana Lapoype’a z błagalną prośbą o powrót. Desaix przesłał wiadomość, że wraca pod Marengo. Jego żołnierze część drogi pokonali truchtem. W miejscowości San Giuliano Desaix pozostawił swoje oddziały w ukryciu, a sam udał się na spotkanie z pierwszym konsulem. Do rozmowy, w której uczestniczyło kilku innych oficerów, doszło w szczerym polu, pod nieprzyjacielskim ostrzałem. Uważa się, że to spotkanie przesądziło o dalszej, zdumiewającej karierze Napoleona.

Większość obecnych optowała za zarządzeniem odwrotu i ewentualnym rewanżem następnego dnia. Ich koncepcja była nie do przyjęcia dla Bonapartego, który dostrzegł szansę wznowienia bitwy i wygrania jej. Poparł go Desaix, wypowiadając jedno z tych zdań, które później chętnie cytuje się w książkach: „Tak, bitwa przegrana, ale pozostaje dość czasu, aby wygrać następną”.

KLĘSKA AUSTRIAKÓW

Napoleon przygotował oddziały do kontruderzenia. Uszykowani w kolumnę żołnierze Desaixa w liczbie sześciu tysięcy stanęli za pagórkami, aby jak najdłużej ukryć swoją obecność. Przed ich frontem pojawiła się potężna bateria dział dowodzona przez generała Auguste’a Marmonta. Na lewo od dywizji Desaixa rozlokowały się mocno już zdziesiątkowane inne jednostki, w luce zaś, trochę z tyłu, zajęła pozycje ciężka kawaleria generała Françoisa Kellermana. Około godziny 17, kiedy austriackie kolumny pokazały się przed frontem Francuzów, Bonaparte przejechał wzdłuż szeregów i potwierdził swój niezwykły talent wodza-mówcy. Zakrzyknął: „Żołnierze! Dosyć już cofania się! Pamiętajcie, że mam zwyczaj nocować na polu bitwy!”.

To, co się wydarzyło potem, na zawsze przeszło do historii wojen. W momencie, kiedy Austriacy osiągnęli linię pagórków stanowiących osłonę dla dywizji Desaixa, Francuzi rozpoczęli natarcie. Bateria Marmonta oddała w kierunku wroga morderczą salwę. Nie czekając, aż przeciwnik uporządkuje szyki, Desaix ruszył do ataku na czele 9 Pułku Lekkiej Piechoty. Jadąc konno, wyprostowany, okazał się łatwym celem dla nieprzyjacielskich strzelców. Trafiony kulą – według jednych przekazów w pierś, według innych w głowę – zginął na miejscu.

Chwilowe zamieszanie wśród jego żołnierzy wykorzystali Austriacy, rzucając się do walki na bagnety. Piechurzy Desaixa ugięli się i cofnęli, ale z pomocą przyszedł im Marmont, atakując wroga kartaczami. Wsparli ich również z obu stron Victor-Perrin oraz Jean Boudet, który objął dowództwo po poległym generale. Po chwili w bok nieprzyjacielskich grenadierów uderzyła szarża jazdy Kellermana. Był to decydujący moment bitwy. Zaskakujący atak spowodował panikę w szeregach armii Melasa. Gdy kawalerzyści Kellermana włamywali się w kolumnę Zacha, Marmont stopniowo podprowadzał armaty bliżej linii austriackich i zasypywał przeciwnika ogniem na wprost. Austriacy rzucali broń i ratowali się ucieczką.

Panika ogarnęła całą cesarską armię. Rozgrzany walką Kellerman rozbił nieprzyjacielskich dragonów, którzy wpadli na własną piechotę i pomieszali jej szeregi. W tym momencie Napoleon wzmocnił atak, posyłając do boju o Castel-Ceriolo gwardię konsularną i dywizję Claude’a de Saint-Cyra. Austriacki front załamał się, a idący przebojem Francuzi napotykali coraz mniejszy opór. Część Austriaków rzuciła się ku mostowi na Bormidzie, gdzie powstał wkrótce nieopisany ścisk i zamęt. Wielu żołnierzy zostało stratowanych na śmierć.

Spośród austriackich jednostek nie spanikowali jedynie grenadierzy pułkownika Karla Weidenfelda, którzy osłaniali bohatersko odwrót innych oddziałów i parokrotnie przechodzili do groźnych kontrataków. Ich twardą obronę w rejonie Marengo złamali dopiero Lannes i Victor-Perrin.

Zawiodła natomiast austriacka jazda. Podejmowane przez nią próby szarż zostały błyskawicznie unicestwione. Koło mostu na Bormidzie i wzdłuż rzeki zgromadziły się tłumy uciekających w popłochu żołnierzy, wozy taboru, artyleria, co stanowiło doskonały cel dla francuskiej artylerii. I Marmont bezlitośnie wykorzystał tę sytuację. Ci z Austriaków, którym nie udało się sforsować bagnistej Bormidy, poddawali się setkami. Ogromne ilości sprzętu wojennego dostały się w ręce triumfujących Francuzów. Około godziny 21 bitwa się skończyła. Armia Melasa przestała istnieć jako zorganizowana siła. Jej straty (zabici i ranni) wyniosły od sześciu do ośmiu tysięcy, drugie tyle żołnierzy dostało się do niewoli. Francuzi, choć utracili łącznie około siedmiu tysięcy ludzi, zachowali zdolność bojową.

PRZERWA W WOJNIE

9 lutego 1801 roku zawarto pokój w Lunéville. Republika Francuska uzyskała granice naturalne na Renie i w Alpach, cesarstwo uznawało istnienie republik Batawskiej i Helweckiej oraz godziło się na reaktywowanie Cisalpińskiej i Liguryjskiej. Druga koalicja rozpadła się ponad rok później. Pokój podpisany 27 marca 1802 roku w Amiens pomiędzy Anglią oraz Francją, Hiszpanią i Republiką Batawską nie usunął jednak głównych powodów sporów pomiędzy walczącymi stronami i przyniósł jedynie przerwę w wojnie. Pierwszy konsul wykorzystał ją po mistrzowsku. Fala społecznego entuzjazmu, odpowiednio podsycanego i regulowanego przez oficjalną propagandę, utorowała mu drogę do władzy absolutnej. 2 grudnia 1804 roku na jego skroniach spoczęła cesarska korona.

Bezcenna informacja

W ciągu jednego dnia Napoleon dołożył do wojennej sławy pokaźny majątek.

Napoleon zrobił na bitwie pod Marengo znakomity interes. Nie tylko w sensie wojskowym i politycznym, lecz także ekonomicznym. gdy zwycięstwo Francuzów było już przesądzone, wysłał z pola bitwy gońca do Paryża. Raport, który on wiózł, kończył się dramatycznym zwrotem: „Wszystko stracone”. Posłaniec miał też jednak przy sobie tajną przesyłkę przeznaczoną wyłącznie dla wąskiej grupki najbliższych przyjaciół Bonapartego. Giełda paryska na wieść o klęsce zareagowała nagłym i pokaźnym spadkiem wartości papierów wartościowych, które – co łatwo zgadnąć – wykupili później po atrakcyjnych cenach bliscy przyjaciele pierwszego konsula. Kiedy bowiem nadeszła prawdziwa i jakże wspaniale brzmiąca wiadomość o triumfie nad Austriakami, sytuacja na giełdzie natychmiast powróciła do normy, ale wówczas duże pieniądze zdążyły już zmienić właściciela. W ciągu jednego dnia Napoleon dołożył do wojennej sławy pokaźny majątek. Przestał być jedynie zwycięskim wodzem. Stał się również bogatym człowiekiem.

Sławomir Leśniewski (grudzień 2012)

http://www.polska-zbrojna.pl

 

Leave a Reply