Duchy z lotu 401

Samolot w czasie zderzenia z bagnem rozpadł się na części, jednak niektóre z nich były w tak dobrym stanie, że specjalna komisja orzekła o możliwości ich ponownego wykorzystania w innych maszynach. Według niektórych opinii właśnie ten krok sprawił, że niedługo potem zaczęto donosić o serii przerażających incydentów, do których dochodziło na pokładzie innego samolotu uzupełnionego częściami z maszyny rozbitej na Everglades.

Miejsce katastrofy sfotografowane 30 grudnia 1972. Cześć kokpitu. Po prawej stronie znajduje się tratwa ratunkowa, która napełnia się przy uderzeniu ..(http://hubpages.com/religion-philosophy/The-Ghost-of-Flight-401-The-Mystery-Files)

Pod koniec 1972 r. na bagnach Everglades, na samym czubku Półwyspu Floryda, rozbił się nowy Lockheed L-1011 Tristar z 176 osobami na pokładzie. Zginęło 101 osób, w tym pilot feralnego lotu 401, którego obarczono winą za katastrofę. Jakiś czas później doszło do serii niezwykłych wydarzeń. Jak twierdzili liczni świadkowie, w innym samolocie Eastern Airlines, w których zamontowano elementy z rozbitej na bagnach maszyny zaczęły pojawiać się duchy członków załogi lotu 401, w tym m.in. kapitana Boba Lofta. Tak narodziła się jedna z najsłynniejszych lotniczych legend.

Dużo słyszy się o nawiedzonych domach czy statkach widmo, jednak znacznie mniej (lub prawie nic) o nawiedzonych samolotach. Jeśli wierzyć doniesieniom świadków zebranym m.in. przez Johna Fullera, autora książki „The Ghost of Flight 401” (pol. „Duchy z lotu 401”), tajemnicze siły miały zagnieździć się na początku lat 70-tych ubiegłego wieku m.in. w maszynie oznaczonej numerem 318, w której zamontowano elementy z rozbitego na bagnach samolotu.

Wszystko przez żarówkę

Do katastrofy, która pochłonęła 101 ofiar doszło na przełomie 28 i 29 grudnia 1972 r., kiedy w podchodzącym do lądowania na lotnisku w Miami samolocie doszło do awarii. Kilkumiesięcznym zaledwie Lockheedem L-1011 sterował kpt Bob Loft – pilot z 30-letnim doświadczeniem. W pewnym momencie dostrzeżono awarię kontrolki potwierdzającej wysunięcie podwozia samolotu. Po zgłoszeniu usterki do wieży kontroli lotów, załoga próbowała rozwiązać problem, wzbijając się na wysokość 2000 stóp i krążąc w pobliżu lotniska.

Zamieszanie w kokpicie związane z kontrolką miało katastrofalne następstwa. Mechanik Don Repo (który jest znaczącą postacią w legendzie) otrzymał polecenie, aby spróbować wypatrzyć przez niewielką szybkę, czy z podwoziem wszystko jest w porządku. Kilkadziesiąt sekund po osiągnięciu zakładanej wysokości kpt. Loft nakazał przejście na autopilota, nie wyznaczając nikogo do monitorowania parametrów lotu. Wkrótce samolot zaczął stopniowo tracić na wysokości i niebawem zahaczył jednym z silników o mokradła, które na szczęście częściowo zamortyzowały jego upadek. Nikt z załogi nie zareagował w porę na sygnał ostrzegający o zbyt małej wysokości.

Lecącą zbyt nisko maszynę widzieli przebywający wówczas na bagnach myśliwi, w tym m.in. Robert Marquis i jego kolega, którzy z narażeniem życia ratowali rozbitków, przewożąc ich w bezpieczne miejsce swoim ślizgaczem. Pomogli oni także w zlokalizowaniu miejsca katastrofy, co pozwoliło na w miarę szybkie przetransportowanie rannych do szpitala w Miami.

Ustalono, że do katastrofy doszło z powodu błędu pilota i… przepalonej żarówki, której poświęcono zbyt wiele uwagi. Samolot w czasie zderzenia z bagnem rozpadł się na części, jednak niektóre z nich były w tak dobrym stanie, że specjalna komisja orzekła o możliwości ich ponownego wykorzystania w innych maszynach. Według niektórych opinii właśnie ten krok sprawił, że niedługo potem zaczęto donosić o serii przerażających incydentów, do których dochodziło na pokładzie innego samolotu uzupełnionego częściami z maszyny rozbitej na Everglades.

Widmowi pasażerowie

Pewnego dnia samolot linii Eastern Airlines oznaczony numerem 318 – jedna z maszyn doposażonych w elementy z wraku rozbitego na bagnach szykował się do odlotu z Newark (New Jersey) do Miami. Większość członków załogi znajdowała się w kokpicie, a jedna ze stewardess zajmowała się liczeniem pasażerów w przedziale pierwszej klasy. Wkrótce doniosła kapitanowi, że wśród nich znajduje się nadliczbowy gapowicz – pilot Easter Airlines, od którego dowiedziała się, że leci z nimi do Miami.

Ponieważ osoba ta nie figurowała na liście pasażerów, kobieta zwróciła się do niego z pytaniem o formalne możliwości odbycia podróży. Ponieważ pilot nie odpowiadał jej i patrzył uporczywie przed siebie, stewardessa poinformowała o zaistniałym problemie przełożonych. Na miejsce udał się wkrótce kapitan samolotu, który postanowił przyjrzeć się kłopotliwemu koledze po fachu. Kiedy dotarł na miejsce pobladł i krzyknął: – O Boże, to Bob Loft!

Osobą, która postanowiła wybrać się na gapę do Miami był ponoć… nieżyjący kapitan lotu 401. Wkrótce, niczym w horrorze, zniknął on w mgnieniu oka z miejsca, na którym przed chwilą siedział. Według Johna Fullera, widzieć miało go jeszcze kilka osób. Podenerwowany kapitan 318-stki wrócił do kokpitu, po czym rozpoczęto poszukiwania widmowego pasażera. Nie znaleziono go, a lot odbył się normalnie. Co ciekawe, ktoś usunął z dziennika lotów stronę poświęconą temu wydarzeniu.

Kpt Loft widziany był na pokładzie 318-tki jeszcze raz, przez dwie stewardessy i pilota. Tym razem lot odwołano. Znacznie częściej niż on ukazywać się miał mechanik pokładowy, Don Repo, który w „powietrznych opowieściach” powtarzanych przez pracowników Eastern Earlines miał być „dobrym duchem” ostrzegającym załogę przed niebezpieczeństwami i problemami. Jedna z historii z jego udziałem, która miała miejsce w czasie lotu do Nowego Jorku, przypomina przytoczoną powyżej historię z duchem kpt. Lofta. Opowiada o pasażerce, która widząc siedzącego na fotelu niezwykle bladego członka załogi samolotu (który, jak mówiła, wydawał się być chory), postanowiła zaalarmować stewardessę. Kobiety na próżno próbowały się z nim porozumieć i wpadły w panikę, kiedy postać zwyczajnie… rozpłynęła się w powietrzu.

Zjawa Dona Repo miała być znacznie bardziej rozmowna i według relacji przekazanych Fullerowi, informowała załogę samolotu o możliwych problemach technicznych. Jedną z takich przygód przeżył w 1974 r. pilot, którego widmowy mechanik ostrzegł o usterce w elektryce samolotu.

Najdziwniejsza i najczęściej powtarzana historia związana z legendą lotu 401 wydarzyła się w czasie lotu do Mexico City. Stewardessa Faye Merrywaether zauważyła w szybie piecyka odbicie twarzy, która się jej bacznie przyglądała. Przerażona kobieta pobiegła, aby zaalarmować o tym kogoś z załogi i kiedy wróciła na miejsce okazało się, że twarz nadal tam jest.

Ostatecznie postanowiono posłać po mechanika pokładowego, który w wizerunku rozpoznał Dona Repo. Próbując ustalić, w jaki sposób „twarz” pojawiła się na piecyku, wszyscy zgromadzeni usłyszeli następnie ostrzeżenie o pożarze. Dzień później doszło do zapłonu jednego z silników maszyny.

Historie o nawiedzonym samolocie rozchodziły się dość szybko, choć przedstawiciele linii zaprzeczali im, nazywając je zwyczajnymi plotkami i grożąc zwolnieniem pracowników, którzy je rozpowszechniali.

Linie Eastern Airlines przestały istnieć w latach 90-tych. Do wielkich katastrof lotniczych z udziałem należących do nich maszyn dochodziło jeszcze kilkakrotnie, w tym dwa i trzy lata po rozbiciu się samolotu nad Everglades. Duchy przestały ponoć nawiedzać samolot nr 318, kiedy usunięto z niego wszystkie części wydobyte z rozbitej maszyny.

Większość opowieści o duchach z lotu 401 zaczyna się od słów „pewnego razu” lub „mówi się…” Nazwiska świadków pojawiają się bardzo rzadko. Pracownicy linii relacjonujący swe niezwykłe przeżycia, z racji oficjalnego stanowiska swego pracodawcy, który uznał paranormalną aktywność za mrzonkę, zwykle pragnęli zachować anonimowość, bojąc się o utratę pracy. Dziś wszyscy z nich są już na emeryturze, a historie, których byli świadkami zyskały status swoistego lotniczego folkloru.

Autor: Piotr Cielebiaś (styczeń 2011)

Źródła:infra.org.pl

 

Leave a Reply